Himalaje w kieszeni - Magda Jończyk

Kategorie : Aktualności
star
star
star
star
star

Himalaje w kieszeni. Jak powerbank przetrwał tam, gdzie wszystko inne się poddało?

Nepal stał się moim miejscem na Ziemi i to tutaj wracam od ponad 10 lat. Fotografuję, zbieram historie, a potem je opowiadam. Kiedy wędruję sama, podróżuję z plecakiem i ograniczam bagaż do absolutnego minimum. Każdy gram ma znaczenie, każda decyzja o tym, co wziąć – waży. Jadąc z grupą, mam więcej możliwości. Mamy zespół tragarzy, którzy pomagają nam nosić ciężary. Dlatego na marcowy wyjazd grupowy mogłam spakować powerbank Patona Protect Powerbank Extreme 100 i sprawdzić go w Himalajach.

Lotnisko. Pierwsza próba

Przygoda zaczęła się jeszcze przed wyprawą – na lotnisku. Wiadomo, powerbank w podręcznym. Kiedy wylądował na taśmie przy kontroli bezpieczeństwa, pani w mundurze zawahała się i spojrzała mi prosto w oczy. Urządzenie jest duże. Solidne. Wygląda poważnie i wzbudza respekt – nawet u osób z uprawnieniami do zatrzymywania podróżnych.

Przez chwilę myślałam, że zostanę bez sprzętu jeszcze przed odlotem. Operatorka kontroli bezpieczeństwa sprawdziła parametry – pojemność 27000mAh to dokładnie 99,9Wh, czyli praktycznie maksimum, które przepisy lotnicze pozwalają wnieść do kabiny bez specjalnego zezwolenia – i było po sprawie. Ani jednego wata za dużo! Skinęła głową i powerbank poleciał ze mną. Odetchnęłam. Pierwsza próba zaliczona!

Przy kozie

Na trekkingach w okolicach Everestu nocuje się w chatach i schroniskach. Osiem nocy na wysokości ponad czterech tysięcy metrów potrafi zmęczyć – ale też daje coś, czego nie da żadne inne miejsce. Przestrzeń. Ciszę. Obrazy, których nie można zamknąć w kadrach.

Na postojach sporo czasu spędza się wokół kozy – żeliwnego pieca, który stoi pośrodku jadalni i jest jedynym źródłem ciepła. Tam rozmawiamy o wszystkim, o drodze, którą przeszliśmy, o ścieżkach, które przed nami, o życiu i ładujemy baterie. Dosłownie i w przenośni. Wtyczki są pod kontrolą właścicieli schronisk, a o jedno gniazdko ubiega się cała zmęczona grupa wędrowców. W górach prąd jest luksusem. Nie ma co liczyć na to, że po całym dniu marszu grzecznie będzie czekało na Ciebie wolne gniazdko. Nie mówiąc już o tym, że przy pochmurnej pogodzie ładowanie jest niemożliwe. Brak słońca to brak prądu.

Wszyscy w grupie biorą powerbanki. I wszyscy po kolei, dzień po dniu, skarżą się, że w nocy ulatuje im energia – że rano wstają z pustą baterią i cichym poczuciem bezradności. Wysokie góry wysysają energię ze sprzętu tak samo jak z ludzi. Mój powerbank musiał przetrwać całą wyprawę sam z siebie, bo naładowanie czegoś tak pojemnego gdzieś na trasie jest właściwie niemożliwe.

Noc w Dzongli

A potem przyszła ta noc. Dzongla, prawie pięć tysięcy metrów nad poziomem morza. Temperatura spadła do punktu, w którym świat zaczyna się zachowywać inaczej. Woda w butelce zamieniła się w lód. Telefon nie dał rady – ekran milczał. Aparat też. Wszystko, co leżało poza śpiworem, po prostu się poddało. Było zimno.

Patona, czy jak nazwałam ten powerbank – „złotko” – leżała sobie spokojnie na łóżku, wyeksponowana na całą tę mroźną noc. Widząc, co się stało z telefonem, sprawdziłam, jak się ma, bez większych nadziei…

Zaświecił wszystkimi diodami.

To jest właśnie ten moment, w którym sprzęt przestaje być sprzętem, a myślisz o nim jak o towarzyszu podróży. Kimś, na kogo można liczyć. I snujesz dalsze plany, i myślisz: a może zabiorę cię wyżej, „złotko”?

Zbudowany na serio

Mówią, że ten powerbank jest zbudowany tak, żeby przeżyć właściwie wszystko – producent obiecuje, że jest szczelny na pył i odporny na silny strumień wody z każdego kierunku, a obudowa amortyzuje uderzenia i upadki. Podobno można go oblać, upuścić i zabrać w środek pyłowej burzy – i wróci cały. Do tego ładuje cztery urządzenia jednocześnie – telefon, aparat, tablet, cokolwiek – i może też je bezprzewodowo, jeśli nie masz ochoty szukać kabla na dnie plecaka. Chętnie sprawdzę! W zimie i wilgoci pięknie daje radę.

Nie jestem osobą techniczną. Nie czytam specyfikacji przed zakupem. Kupuję rzeczy, które działają wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebuję. Ten powerbank jest duży i ciężki – nie oszukujmy się. Ale to dlatego, że jest naprawdę zbudowany z myślą o trudnych warunkach. Czuć to w ręku od pierwszej chwili.

Miło jest mieć niezawodny sprzęt. Zwłaszcza tam, gdzie wszystko inne zawodzi.

W Nepalu wiele szlaków jest dziś łatwo dostępnych, ale wędrówka w Himalajach to nadal życie bez wygód. Życie w czystej formie. Tam czuję się częścią tego świata. Małą jego cząstką. I cieszę się, kiedy sprzęt, który zabieram ze sobą, lubi trudne warunki tak samo jak ja!

Magda Jończyk / @magda.inhimalaya

Udostępnij tę treść

Zaloguj się, aby ocenić ten produkt

Szukaj na blogu